Portret artystki Galeria obrazów Wystawy Artystka w mediach  
 
 
Napisz do mnie


Wędrujące obrazy Martty Węg


Malarstwo chce dla siebie jak najwięcej: i czasu, i pieniędzy, i mnie. To dość egoistyczny zawód. Wymaga pracoholizmu. Czasami wchodzę rano do pracowni i przez cały dzień nic innego dla mnie nie istnieje - mówi 24-letnia Marta Węgrzynowska, tomaszowska malarka, której obrazy krążą już po europejskich galeriach. W tym roku zamknęła pewien okres w swoim życiu: skończyła z wyróżnieniem studia i z tytułem magistra sztuki zaczęła robić... dokładnie to samo co dotąd. Odwiedziłam Martę w jej warszawskiej pracowni gdy przygotowywała się do kolejnej wystawy. Tym razem jej obrazy pojadą do Holandii.



M jak magia

Jest rok 1985. Rodzice zabierają siedmioletnią Martusię do domu swojego znajomego pod Tomaszowem. Martusia wie, że wujek maluje obrazy, ale ściany jego domu wydają jej się dziwnie puste. W pokoju gościnnym wisi tylko jeden obraz! Dom jest bardzo duży. Znudzona rozmowami dorosłych, Martusia oddala się z pokoju i nie może już trafić z powrotem. Coś każe jej zejść na sam dół, do kotłowni. Pomieszczenie jest zimne i puste. Nagle z półmroku wyłania się wielka sztaluga, z wielkim obrazem nakrytym wielką, kraciastą koszulą. Obok paleta i puszka z pędzlami. Martusia nieruchomieje. Jest zaskoczona i oczarowana. Ma poczucie, że odkryła coś niezwykłego. Musi wracać na górę, ale nie może się przyznać dorosłym, gdzie była i co widziała. Teraz ma swoją tajemnicę... Dorosła Marta lubi wspominać tę historyjkę jako swoje pierwsze, magiczne spotkanie ze sztuką. Od tego samego wujka-malarza dostała kilka lat później pierwsze farby olejne: białą, niebieską i buraczkową. - Nie miałam wtedy pojęcia o malowaniu olejami - wspomina. - Używając tych trzech kolorów naciapkałam na desce wazon z kwiatami. Efekt był po prostu koszmarny...


M jak możliwości

Marta wynajmuje z koleżanką mieszkanie na jednym z warszawskich blokowisk. Po czterech latach i czterech mieszkaniach, Warszawa wydaje się już mniej obca niż na początku, jednak jej miastem jest i zawsze będzie Tomaszów. Siedzimy w przytulnym pokoiku popijając herbatę z sokiem malinowym. Za oknem śnieg. Marta opowiada o wczesnej podstawówce: o lekcjach plastyki, których nie lubiła, o niezliczonych konkursach i gazetkach, do których chcąc nie chcąc była angażowana, o kółkach plastycznych w szkole i MDK. Magister ekonomii, która uczyła ją plastyki, lubowała się w teorii. Klasówki z historii sztuki były na porządku dziennym, więc Marta - jak wszyscy - plastyki po prostu się bała. Dla odmiany, na kółkach plastycznych panowała całkowita dowolność. Każdy malował co chciał i czym chciał. Marta odczuwała niedosyt, bo już wtedy chciała malować "na poważnie". Rodzice także wiedzieli, że córkę trzeba jakoś ukierunkować. - Pewnego dnia mama wróciła od fryzjera, gdzie przez radio usłyszała o nowo otwartej szkole malarstwa i rysunku w Łodzi - wspomina Marta. - Byłam wtedy w szóstej klasie podstawówki. Tata zaoferował się, że dwa razy w tygodniu będzie mnie dowozić na zajęcia, za co do dziś jestem mu wdzięczna. Szkołę prowadzili artyści czynni zawodowo, każdy specjalizował się w innej dziedzinie. Dzięki temu mogłam spróbować malarstwa, rzeźby, rysunku i grafiki. W Tomaszowie nie było sklepu dla plastyków, więc zaopatrzenie trzeba było robić w Łodzi. Rodzice Marty musieli nauczyć się rozróżniać podstawowe rodzaje farb, pędzli, werniksów i innych malarskich akcesoriów. Pierwszy profesjonalny komplet farb przyjechał w ramach gwiazdki aż z Warszawy. Nie od razu zostały zużyte, bo Marta zajmowała się wtedy głównie rysunkiem. Dopiero potem zaintrygowała ją grafika i zupełnie dotąd obca - rzeźba.


M jak malarstwo

Z malarstwa można żyć, ale to ciężki kawałek chleba. Po skończeniu podstawówki Marta stanęła więc przed trudną decyzją. Bez problemu mogła dostać się do liceum, bo jako laureatka dwóch olimpiad nie musiała zdawać egzaminów wstępnych. Z drugiej strony kusiła ją kontynuacja nauki w łódzkiej szkole rysunku i malarstwa. Tam też można było zrobić maturę, a potem dyplom. - Nie byłam w pełni przekonana, że malarstwo ma być moim zawodem. Umiałam i chciałam to robić, ale czy na wyłączność? Miałam 15 lat, mieszkanie w Łodzi mnie przerażało, o dojeżdżaniu nie było mowy. Bałam się, że po tej szkole mogę się już nie dostać na żadne inne studia. Wiedziałam też, że jeśli pójdę do I LO, w którym nie ma nawet plastyki, prędzej czy później zabraknie mi malowania - opowiada Marta. Rodzice zostawili jej wolną rękę. Z podjęciem ostatecznej decyzji zwlekała do końca wakacji. Wreszcie wybrała trzecie, najmniej spodziewane rozwiązanie: postanowiła skończyć obie szkoły jednocześnie. W obu przyznano jej indywidualny tok nauczania. Przez trzy lata krążyła między Łodzią a Tomaszowem. Bez żadnej taryfy ulgowej. I tu, i tu trzeba było przygotowywać się do zajęć, pisać kartkówki, zaliczać materiał sam na sam z nauczycielem. We środy musiała być po kilka godzin w każdej szkole. - Było naprawdę ciężko - wspomina. - W tej chwili już bym się na coś takiego nie zdecydowała. Czasami miałam dosyć wszystkiego, ale długo upierałam się przy obu szkołach. Na początku czwartej klasy bardzo poważnie się rozchorowałam. To strasznie bolało, bo choroba uniemożliwiła mi zaliczenie ostatniego roku w Łodzi. Przed dyplomem próbowałam jeszcze wrócić, nadrobić zaległości, ale po prostu nie dałam rady. Po maturze Marta znowu stanęła przed wyborem. Jak bumerang powrócił dylemat, czy malarstwo ma być tylko pasją czy aż zawodem? Rodzice optowali za architekturą. Marta zaliczyła nawet kilka kursów przygotowawczych na politechnice. Już po pierwszym wiedziała, że to nie dla niej. - Zapomnij o swojej kresce, o indywidualności - powiedział jej któryś z profesorów. - To jest architektura: proste kreski, wszystko wyliczone. Będziesz musiała się przestawić. Myśl, że wszystko nad czym do tej pory pracowała wymaga "przestawienia" nie dawała Marcie spokoju. Na wszelki wypadek jeździła więc na lekcje malarstwa, które miały ją przygotować do egzaminu na Akademię Sztuk Pięknych. Prowadzący chwalił, ale niczego nie obiecywał. - Zabrakło mi trzech punktów - mówi z wyrzutem Marta. - To był dla mnie szok. Wstydziłam się tej porażki, kompletnie nie byłam na nią przygotowana. Myślałam, że wystarczy się dużo uczyć i pracować, ale to widać za mało. Wpadłam w straszny dół. Nie sądziłam, że będę jeszcze gdzieś próbować.


M jak mobilizacja

A jednak spróbowała. Rodzice nie dawali za wygraną. Wyszukali w informatorze o uczelniach dwie prywatne szkoły artystyczne. Jedną z nich była Europejska Akademia Sztuk w Warszawie. - Na egzamin pojechałam w czerwonej sukience w żółte kwiatki, na zupełnym luzie - opowiada Marta. - Potem znajomi zabrali mnie w góry. Tam czekałam na wyniki. Pamiętam, że strasznie lało. Na kilka dni zostaliśmy uwięzieni w schronisku, na dole wszystko płynęło, telefony przestały działać. Musiałam więc trochę poczekać na te wyniki... Po wakacjach Marta wyjechała na studia do Warszawy. Nowa szkoła, nowi ludzie, wielkie, obce miasto. Mieszkała na stancji, w jednym pokoju z koleżanką. Zajęcia kończyły się późnym popołudniem, potem trzeba było przygotować się na następny dzień. W każdy piątek, z blejtramem pod pachą i mocnym postanowieniem, że wreszcie coś namaluje, wracała do Tomaszowa. Akademia miała charakter otwarty. Przyjeżdżali do niej wykładowcy z różnych uczelni artystycznych, także zagranicznych. Marta zetknęła się z różnorodnością stylów i osobowości. Początkowo odczuwała pewien zamęt, bo każdy mówił i oceniał inaczej. Z czasem zrozumiała, że ten twórczy zamęt był jej potrzebny, by znaleźć własną ścieżkę. Na studiach odnalazła wszystko, czego wtedy szukała: siebie. Dziś nie żałuje, że skończyła EAS, a nie ASP. - Gdybym wówczas dostała się do Łodzi - mówi Marta - dziś nie znałyby mnie warszawskie galerie, nie wystawiałabym w Paryżu i holenderskim Arnhem, a moich obrazów nie byłoby w prywatnej kolekcji Alicji Resich-Modlińskiej i innych znanych osób. A w każdym razie jeszcze nie teraz...


M jak muza

Uporządkowałyśmy już życiorys. W międzyczasie wydarzyło się jeszcze tyle rzeczy. Były wystawy, prestiżowe nagrody, nowe kontakty i znajomości. O tym wszystkim staram się pisać w TIT-cie na bieżąco. Do Warszawy przyjechałam poznać Martę Węgrzynowską, bo Marttę Węg już znam. Przenosimy się do pracowni. W dużym pokoju, na oklejonej folią podłodze, stoi sztaluga z obrazem, który za kilka dni ma wyjechać do Holandii. Jest już prawie gotowy, pozostało tylko kilka poprawek. W pracowni unosi się zapach świeżych farb i terpentyny. Na podłodze puszka z pędzlami i stosik kolorowych tubek. Marta zakłada fartuch i zabiera się za poprawki. Maluje z pamięci. Biurko, przy którym siedzę, zasłane jest karteluszkami z odręcznymi szkicami i notatkami. Kilka takich karteczek wisi na sztaludze. Pytam, skąd czerpie tematy do swoich obrazów. - Z obserwacji. Maluję tak, jak zapamiętuję, ale chyba nie mam pamięci fotograficznej. Od razu wszystko przetwarzam po swojemu, buduję klimat, szukam odpowiedniej tonacji. Kiedyś, będąc w górach zauważyłam, że drzewo jest tylko formą, którą człowiek nazwał drzewem, a pejzaże są właściwie abstrakcyjnymi układami. Coraz częąciej staram się tak budować obrazy, żeby nie nazywać: to jest stół, a to krzesło. Staram się prowokować odbiorcę do tego, by sam je nazwał, po swojemu - mówi Marta. Z rozmowy dowiaduję się, że wciąż ma wiele pomysłów. Widać Muza jej nie opuszcza, choć i Muza - jak to kobieta - miewa swoje kaprysy. - Malarstwo nie wymaga ode mnie codziennej pracy - ciągnie Marta. - Wiem, że muszę dać sobie czas na odpoczynek, co na razie pozostaje w sferze marzeń. Ponad rok temu przeżyłam chwilowe wypalenie. Trzymałam w ręku paletę i nie wiedziałam, jaki zmieszać kolor. Z tylu barw wyłożonych na palecie ciągle wychodziły mi takie same. Dla malarza nie ma chyba nic gorszego. Dobrze, że mam to już za sobą... Marta wie, że Muza jeszcze nie raz się od niej odwróci. Cóż, taki zawód. - Malarstwo chce dla siebie jak najwięcej - i czasu, i pieniędzy, i mnie - przyznaje. - To dość egoistyczne zajęcie. Wymaga pracoholizmu. Nieraz wchodzę rano do pracowni i cały dzień poza malowaniem nic innego dla mnie nie istnieje. Odsuwam w czasie dylematy rodzinne, ale mam świadomość, że kiedyś będę musiała się z nimi zmierzyć.


M jak mistrzowie

- Jest kilku malarzy, od których czerpię inspirację, ale nie jest tak, że jeden człowiek jest dla mnie mistrzem i akceptuję wszystko, co on zrobi - zastrzega Marta. Wysoko ceni sobie szarości Kiejstuta Bereźnickiego, którego poznała podczas studiów. - Mają w sobie tyle kolorów - mówi z zachwytem - i są takie wesołe! (mowa o szarościach). U Pierre'a Bonnarda podziwia kompozycję, niebanalne zestawienia płaszczyzn i faktur. Jest jeszcze wiele pojedynczych obrazów, które ją urzekły, jednak nie przykłada wagi do nazwisk ani tytułów. Pamięta tylko tonacje. - Jak każdy przechodziłam kiedyś fascynację impresjonizmem - wspomina. - To był czas malowania ciapkami i kreskami. Teraz bardziej inspirują mnie postimpresjoniści. Ich formy nie są już tylko stołami, postaciami czy krzesłami, ale magicznymi układami, z których wyłaniają się stoły, postacie i krzesła. Przewodnikiem duchowym Marty w czasie studiów była prof. Barbara Szubińska, dziekan wydziału malarstwa EAS. W jednej ze swych recenzji prof. Szubińska pisze tak: (Martta Węg) nie inspiruje się pomysłami innych mistrzów. Odważnie buduje indywidualny świat, którego cechą jest subtelna poetyka, wyrafinowanie kolorów i pewnego rodzaju nostalgia. W malarstwie Martty Węg interesuje nas dbałość o kompozycję i harmonię światła oraz uczciwość w szukaniu własnej prawdy artystycznej. (...) Intuicja, niewątpliwy talent oraz konsekwencja i swoboda, z którą wypowiada się formą i kolorem pozwalają spodziewać się, że ta młoda malarka zapisze wkrótce poważnie brzmiące hasło w malarstwie XXI wieku.


M jak marzenia

Po pierwsze: wakacje. Dotychczasowe podróże Marty z wypoczynkiem nie miały wiele wspólnego. - Żeby mieć wakacje, muszę pojechać do miejsca, w którym się absolutnie nie da zrobić wystawy - ironizuje. Jest jeszcze inne marzenie: - Byłoby dobrze, gdybym nie musiała się martwić o byt. Są okresy między wystawami, kiedy nic się nie sprzedaje. Na studiach pomagali mi rodzice. Teraz utrzymuję się sama. Są miesiące lepsze i gorsze. W tych lepszych trzeba pomyśleć o gorszych... Pytam Martę, czy czuje się artystką. - Artystą jest się wtedy, gdy wykonuje się coś twórczego i traktuje się to jako zawód, więc chyba się czuję - odpowiada. Malarstwo to więcej niż zawód. To sposób na życie. Czy jest w nim miejsce na hobby? - W ramach hobby chciałabym się zająć rzeźbą i ceramiką - stwierdza bez namysłu. - Są nawet w Warszawie takie pracownie, do których można się zapisać... W tej chwili Marta żyje od wystawy do wystawy. Z rozrzewnieniem wspomina tę pierwszą. - Za pierwszą uznaję wystawę, która odbyła się dwa lata temu w tomaszowskim Muzeum. Były wcześniej jakieś inne, ale tam pierwszy raz spotkałam się z całkowicie profesjonalnym podejściem. Wiedziałam, że mam pokazać cykl obrazów, sama zajęłam się ich oprawianiem i przygotowaniem katalogu. Nie musiałam natomiast martwić się o transport obrazów, nie było mowy, żebym pomagała przy ich wieszaniu. Miałam tylko mówić, czy dobrze wiszą. Na wernisaż zaproszono mnóstwo gości, co sprawiło mi wielką radość. Dziś Marta nie wyobraża sobie już życia bez wystaw. Mobilizują ją do pracy, a każdej towarzyszy inny dreszczyk emocji. Przede wszystkim jednak nie maluje już do szuflady.


M jak Marta

Tomaszowska wystawa nie była tą pierwszą w sensie dosłownym. Podobnie było z pierwszym sprzedanym obrazem: - Znajomi i znajomi znajomych zamawiali u mnie obrazy. Jednak za "pierwszy sprzedany" uznałam ten, który został kupiony w galerii przez zupełnie nieznaną mi osobę. Ktoś zapłacił wcale niemałe pieniądze za obraz, który ja stworzyłam dla siebie, a nie na zamówienie, pod czyjś gust. To była wielka radość, ale i płacz, że muszę oddać coś tak swojego. Wiedziałam, ile czasu nad nim spędziłam, jakie to były chwile, z czym się kojarzą - tego się nie da przełożyć na pieniądze - twierdzi Marta. Swoje obrazy podpisuje: Martta Węg. Dziennikarze wielokrotnie pytali, skąd taki pseudonim. Jeśli chodzi o nazwisko odpowiedź jest prosta: było trudne do wymówienia za granicą. Ale skąd się wzięło drugie "T" w imieniu? - Ta literka towarzyszy mi od pierwszego roku studiów - tłumaczy Marta. - Dodała mi ją ciocia numerolog, żeby wyciągnąć na światło dzienne moje mocne cechy, które zostały uśpione po chorobie i nieudanym starcie na ASP. Myślę, że pomogło, więc coś w tym jest. Ale we wróżki, szklane kule i czarne koty - nie wierzę!

Marta, a może Martta ma swój styl, choć sama tego nie zauważa. - Podczas malowania takich rzeczy się nie czuje. Dopiero ludzie odwiedzający moje wystawy zwrócili na to uwagę. To wielka sprawa mieć-swój-styl. Jeszcze się tego boję, cały czas szukam, ale nic na siłę - mówi. Dla artysty własny styl jest tym, co odróżnia jego sztukę od rzemiosła. To proporcja między tym, co wyuczone (technika, maniera), a tym, co płynie z głębi. Styl oznacza też spójność i rozpoznawalność.

Nie potrafię w kilku słowach podsumować osoby, którą właśnie poznałam. Dlatego na koniec przytoczę słowa Antoniego Fałata, pod którymi chciałabym się podpisać: Urzekła mnie jej gotycka uroda przypominająca średniowieczne "piękne madonny". Martę cechuje niezwykła skromność idąca w parze z benedyktyńską pracowitością. Ta cecha i talent przyniosły efekty.



artykuł zamieszczony w tygodniku TIT - 19 grudnia 2002r.


Powrót




Portret Artystki | Galeria Obrazów | Wystawy | Artystka w mediach | Strona główna