Wolność twórcy pozwala na penetrowanie przestrzeni sztuki w poszukiwaniu własnych inspiracji.
To one sš dla mnie punktem odniesienia, wskazówkami, które prowadzą mnie do istoty poznania
- poznania świata, a przez to, samej siebie, pomagają tworzyć jeszcze bardziej osobiste rzeczy.
Tworzenie prowokuje do możliwie pełnej i nieskrępowanej ekspansji własnego ja. Każdy obraz to
intymna rozmowa z samą sobą, ale i ze światem, z drugim człowiekiem. To wyrażanie sądów i opinii,
ujście emocji, wyzwolenie uczuć zgromadzonych wewnątrz. Nigdy jednak mój obraz nie jest manifestem dla
świata, nie jest przeraźliwym krzykiem, ale formą dialogu ze światem, z ludźmi, z naturą. Każdy obraz
zawiera w sobie wiele nurtujących mnie pytań, a nierzadko i odpowiedzi na nie. Pytania najczęściej
dotyczą roli człowieka w świecie, zadań, przed jakimi musi stanąć, barier, które musi pokonać, ale i
jego pragnień, marzeń, oczekiwań. Pytania nieraz zamieniają się w refleksje nad psychiczną kondycją
człowieka, nad jego ułomnościami, ale i wielką siłą tkwiącą w nim samym. Może dlatego punktem wyjścia
dla moich obrazów jest w ogóle człowiek, ale inspiracją są konkretne osoby, które zmieniają się w
obrazach, przybierają różne pozy, czasem nakładają maski. Zawsze jednak gdzieś w głębi pozostają sobą
- i to jest chyba ten powód, dla którego ciągle jeszcze mnie inspirują. Proces twórczy zaczyna się dla
mnie daleko wcześniej, przed wzięciem pędzla do ręki, gdy się już staje przed płótnem. Jest nim moment,
kiedy pojawia się bodziec, który prowokuje do tworzenia. To często właśnie inspiracja otaczającym światem
- naturą, pejzażem, człowiekiem. Mam to szczęście, że mogę próbować, w sposób, do którego czuję się
powołana, zatrzymywać kształt, kolor, zapach. Tak wię szkicuję szybko to, co widzę, zapisuję odczucia,
słowami nazywam skojarzenia, z których jedne wkrótce, a inne po latach, zaczynają żyć nowym życiem.
Tak najczęściej powstają moje obrazy. A każdy z nich to przyjaciel, który zawsze jest, który czeka, by
rozmawiać. W bliskości z nimi doświadczam uczucia prawdziwej przyjźni, która z każdym nowym obrazem
pogłębia się, rozszerza, i zespala w jedno - moje malarstwo i mnie.
Martta Węg
Życie to dziw, przyjacielu - śpiewa bohaterka filmu Carlosa Saury Tango, aby po tej deklaracji reżyser mógł nas przekonać,
że ten dziw można wyrazić poprzez tango. Tango bowiem, jak głoszą jego coraz liczniejsi zwolennicy na całym świecie, to nie tylko taniec, ale filozofia, ideologia, sposób życia.
Wszyscy mamy marzenia, których nie możemy zrealizować, problemy, których nie potrafimy rozwiązać. Jest w nas tyle wątpliwości, rozterek i tęsknot. Wszyscy w pewnym sensie jesteśmy imigrantami szukającymi swojego prawdziwego domu. On istnieje. Odnaleźć go można w tangu - powiedział jeden z nauczycieli tanga słynnej podróżniczce Beacie Pawlikowskiej.
Tango narodziło się w portowej dzielnicy Buenos Aires wśród imigrantów szukających pracy w Argentynie i... panienek z domów publicznych. Imigranci odreagowywali tęsknotę za domem, niepowodzenia, rozterki poprzez taniec. Z czasem tango stało się symbolem miłości i śmierci. Tańczył je Rudolf Valentino w Czterech jeźdźcach Apokalipsy, topił smutek po stracie żony bohater Ostatniego tanga w Paryżu, pułkownik uczył swojego młodego przyjaciela jak przytulać kobietę w tangu i jak ją zniewolić w Zapachu kobiety, a prostak Edek zniewalał tangiem Wuja inteligenta w Tangu Mrożka...
I tu należy zacząć opowieść o malarstwie Martty Węg, która pojechała do ojczyzny tanga i - jak sugeruje tytuł wystawy - tango stało się tłem do obserwacji ludzi, przyrody, a przede wszystkim (to już moja sugestia) ... samej siebie.
Przed kilku laty profesor Barbara Szubińska napisała o Marcie, że młoda malarka nie inspiruje się pomysłami innych mistrzów. Odważnie buduje indywidualny świat, którego cechą jest subtelna poetyka, wyrafinowanie kolorów i pewnego rodzaju nostalgia...
Nie wiem, czy argentyńska podróż odmieniła samą artystkę, ale niewątpliwie wpłynęła na Jej twórczość. Nie była to zmiana rewolucyjna, a jednak zobaczone w Patagonii lasy araukarii, lodowce, rdzawe, skaliste wybrzeże, wodospady zintensyfikowały kolor, okiełznały nieco światło, które rozbijało przestrzeń obrazów, pogłębiły penetrowanie bieli...
Biel w obrazach Martty Węg miała zawsze rozstrzygające właściwości, przebijała się spod transparentnych kolorów, nakładała impastami, na nią artystka rzucała refleksy...
Obrazy artystki, chociaż przypominają elegancją obrazy Watteau, nawiązują do tego nurtu, który reprezentował Hodler, Grien, a u nas Grzywacz...
Charakterystyczny dla obrazów Martty Węg jest spacer po ścieżkach, ale kobiety na tych ścieżkach nie przypominają rozbawionego towarzystwa z obrazów Watteau, ale świadome przemijania kobiety Hodlera (Spojrzenie w wieczność), czy bardziej dosadne kobiety Griena (Siedem wieków życia kobiety). Poruszamy się monotonnie po tych samych kręgach. Zataczamy błędne koła...
Argentyńskie tango wprowadziło do obrazów Martty mężczyznę. Przez lata był on w Jej twórczości (poza kilkoma przypadkami) nieobecny. Ale artystka ustawiła go w swoim porządku. Nie wnosi namiętności, ani zuchwałych rozwiązań problemów za pomocą noża...
Tańczące pary zachowują się jak na milongach w Berlinie, Londynie, Amsterdamie, a podobno i w Warszawie. Przychodzą tylko po to, żeby potańczyć. Każdy zostaje ze swoimi myślami, problemami, zamknięty w sobie.
Artystka ostentacyjnie staje się beznamiętną obserwatorką tańca, który jest wręcz wykładnią filozoficznego stoicyzmu, tego, co bezcielesne...
Jej interpretacja tanga przypomina to, co o tangu mówił cytowany powyżej nauczyciel tego tańca.
Martta ustawia tancerzy, podobnie jak inne postacie na swoich obrazach, jak reżyser, który poprzez aktorów chce powiedzieć (również sobie, a może przede wszystkim sobie) coś o świecie, swoim widzeniu rzeczywistości, wyrzucić z siebie kłębiące się myśli...
Jest to postawa tak konsekwentnie przeprowadzona od początku malarskiej twórczości Martty Węg, zarówno warsztatowo, jak również intelektualnie, że stanowi enklawę na bezkresnej przestrzeni wyścigów szczurów.
Andrzej Matynia
Ze wstępu do katalogu: "Podróż z tangiem w tle"
Warszawa, 2010
Martta Węg wierzy w siłę wyobraźni opartej w solidną obserwację urody i bogactwa natury.
Malarstwo nie jest cytatem rzeczywistości ani naśladownictwem fotograficznym.
Interpretując to, co widzialne, artystka ma odwagę przywołać pełnym głosem wartości malarstwa,
które przez wieki były źródłem zachwytu i wzruszeń.
Relacje między człowiekiem a rzeczywistością, naturą a cywilizacją, to temat absorbujący
energię i umysł artystki.
Pamiętając o tradycji, młoda malarka nie inspiruje się pomysłami innych mistrzów.
Odważnie buduje indywidualny świat, którego cechą jest subtelna poetyka,
wyrafinowanie kolorów i pewnego rodzaju nostalgia właściwa poetom i artystom jej narodu.
W malarstwie Martty Węg interesuje nas dbałość o piękno kompozycji i harmonię światła,
oraz uczciwość w szukaniu własnej prawdy artystycznej. Wątek tematu jest pretekstem do
wyrażenia uniwersum.
Intuicja, niewątpliwy talent oraz konsekwencja i swoboda, z którą wypowiada się formą i kolorem,
pozwalają spodziewać się, że ta młoda malarka zapisze wkrótce poważnie brzmiące hasło w malarstwie XXI w.
Barbara Szubińska
Warszawa, 2002
Panią Martę Węgrzynowską spotkałem po raz pierwszy podczas egzaminów rekrutacyjnych
do Europejskiej Akademii Sztuk.
Urzekła mnie jej gotycka uroda przypominająca średniowieczne "piękne madonny". Podczas całych studiów
cechowała ją niezwykła skromność idąca w parze z benedyktyńską pracowitością.
Ta cecha i talent przyniosły efekty. Znając jej pasję twórczą jestem przekonany,
że osiągnie należyte jej miejsce w świecie sztuki, czego jej serdecznie życzę.
Antoni Fałat
Warszawa, 2002
Jest to młoda osoba, o wyglądzie zaledwie nastolatki, a mieści się w niej dojrzałość pełnego człowieka.
Jest skupiona, poszukująca, odpowiedzialna. Z dziecięcą wprost wrażliwością i
zachłannością Marta
obserwuje i chłonie świat, by następnie wyrażać nową, własną rzeczywistość, w sposób świadomy i
przemyślany,
mówiąc własnym, niekłamanym językiem.
Jej malarstwo, czy grafika to odległe przeniesienie, zatrzymanych w pamięci, nie w oku, obrazów rzeczywistości przefiltrowanych Jej odczuwaniem.
Prace Marty, nawet te pozornie studyjne, zawierają nastrój poezji, czy raczej baśni. Są nośne, mówią same o
sobie. Warto, by każdy odbiorca przeżył je po swojemu.
Danuta Kołwzan Nowicka
Warszawa, 2001
|